Założyciel o… świadectwie życia

Można zachować optymizm i radość wary nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że jesteśmy jedyną osobą w towarzystwie, która nie tylko wierzy w Boga, ale jeszcze do tego wierzy Bogu.

„Jeżeli rzeczywiście wierzymy, to wtedy nasze życie samo przez się staje się świadectwem. Jeżeli potrafię pójść do tych ludzi, z którymi się spotykam, a którzy są kłębkiem nerwów, czują się zagubieni i nie potrafią sprostać problemom życiowym, jeżeli potrafię wobec nich pokazać ten pokój głęboki płynący z uwierzenia w Ewangelię Chrystusa, to wtedy jest to świadectwo, które może tym ludziom pomóc. Jeżeli natomiast ja sam wpadam w ich styl lęku, narzekania, zabezpieczania się, to moje świadectwo jest negatywne – pokazuję im, że wiara na nic się nie przyda w konkretnym życiu, bo nie rozwiązuje problemów”.

Fragment konferencji wygłoszonej prze ks. F. Blachnickiego 29 grudnia 1976 r. ( [w:] ks. Franciszek Blachnicki, Wiara i świadectwo, Lublin 1997, s.19.).

Diagnoza

Niezwykle trudno jest zdiagnozować stan własnej wiary, zarówno dlatego, że należy ona do rzeczywistości, którą trudno zmierzyć, jak i dlatego, że nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie. Nie tyle sama wiara, co jej przeżywanie, a więc wiara zakorzeniona w konkrecie ludzkiego życia, jest rzeczywistością bardzo indywidualną. Składają się na nią nasza relacja z Bogiem, a więc obraz Boga, który nosimy w sercu, nasza modlitwa, przeżywanie różnych sytuacji życia w kontekście wiary oraz wiele innych aspektów. Tym bardziej cenne są sposoby, dzięki którym mimo wszystko można coś powiedzieć o stanie własnej wiary. Odnoszą się one nie tyle do samej wiary, co do owoców, jakie przynosi ona w życiu człowieka. Można powiedzieć, że wiara jest dojrzała na tyle, na ile przynosi określone owoce. Oczywiście, skala owocności wiary również będzie uzależniona od okoliczności życia konkretnego człowieka, niemniej owoce wiary pozwalają nam nieco zobiektywizować jej kształt i ukazać, na ile jest dojrzała.

Pokój

Głęboki pokój jest jednym z najpiękniejszych owoców wiary. Pochodzi z przekonania, że Bóg, któremu zaufaliśmy, jest najwyższym gwarantem naszego szczęścia i o nic nie musimy się zbytnio martwić. Jeśli to przekonanie jest głębokie, niweluje wszystkie nasze ludzkie obawy, niepokoje, wątpliwości. Sprawia, że niczego się nie boimy, bo nic złego nie może nas spotkać, skoro jesteśmy w Jego rękach. To przekonanie jest istotnym elementem wiary osobowej, a więc wiary, która jest nie tyle wiarą w Boga, co wiarą Bogu – zaufaniem względem Niego i zawierzeniem Mu swego życia. Można zadać pytanie: dlaczego tak wielu chrześcijan, ludzi, którzy rzeczywiście spotkali w swoim życiu Jezusa, wciąż boi się oddać Mu swoje życie, albo inaczej: dlaczego my sami, choć wielokrotnie przyjmowaliśmy Jezusa jako Pana i Zbawiciela, tak często odczuwamy niepokoje, zapominamy niejako, w czyich rękach złożyliśmy nasze życie? Często dzieje się tak dlatego, że choć chcemy szczerze Bogu zaufać, to zapominamy, że On jest Miłością, że rzeczywiście Mu na nas zależy i że pragnie naszego szczęścia. Tymczasem, jak mówił, ks. Blachnicki, Bóg, który nie byłby miłością, nie mógłby być bogiem. Przekonanie o Bogu Miłości, któremu nieskończenie zależy na człowieku jest fundamentem chrześcijańskiego pokoju serca.

Walka

Ten właśnie pokój ma ogromną siłę rażenia. Zwłaszcza wtedy, gdy inni widzą w jak trudnej sytuacji się znajdujemy, jak wiele musimy poświęcić, gdy rezygnujemy z naturalnej tendencji do walki o swoje racje; wówczas pozwalamy żeby pokój, który w sobie nosimy, nabrał mocy świadectwa. Oczywiście, ktoś powie, że to prosta konsekwencja życia Ewangelią: nie stawiać oporu złu, nie prawować się o płaszcz, iść dwa tysiące kroków, nadstawić drugi policzek. Ale właśnie taka postawa jest gigantycznym świadectwem. Może wręcz sparaliżować kogoś, kto chce wystawić naszą wiarę na próbę, albo kto nieświadomie realizując własne interesy spotka się z postawą, której nie mógł nawet przewidzieć. Co zrobić jednak, gdy ktoś atakuje Kościół, rzuca sloganami typu krucjaty, inkwizycja, pedofilia… Myślę, że przede wszystkim warto się zastanowić, po co ktoś to robi. Może tylko po to, żeby podtrzymać rozmowę? Tematy okołokościelne są lepsze pod tym względem od pogody i polityki. A może dlatego, że szuka potwierdzenie dla swojej niechęci wobec Kościoła, który stawia mu niełatwe wymagania? Z pewnością i zawsze dlatego, że tak naprawdę nie wie, czym naprawdę jest Kościół, nie doświadczył piękna Oblubienicy Chrystusa, rzuciły mu się w oczy jedynie jej zmarszczki i rany na jej ciele. W końcu może, wiedząc o naszym przywiązaniu do Kościoła, chce przeprowadzić nam egzamin z miłosierdzia. Minął czas, kiedy Kościół porównywano do twierdzy, którą należało mocno okopać i bronić strzelając z różnorakich armat. Jak zatem reagować, kiedy ktoś pastwi się nad kolejnymi przypadkami grzechów ludzi Kościoła? Stawać w prawdzie, w pokoju płynącym ze świadomości, że wszystko to mieści się w ekonomii zbawczej, dodając świadectwo swojego doświadczenia Kościoła – wspólnoty. To naprawdę działa. I sprawia, że agresor przestaje być agresorem nie czując się pokonanym. A od tego już blisko do refleksji mogącej skłonić do nawrócenia.

Żródło

Nie jest wielkim odkryciem stwierdzenie, że antyświadectwo jest szczególnym rodzajem zła, jakie możemy wyświadczyć drugiemu człowiekowi. Nie tylko w aspekcie zgorszenia, także wtedy, gdy choć nie robimy niczego złego, nie widać w nas życia wiary, gdy osoby z naszego otoczenia nie potrafią dostrzec różnicy między pomiędzy ich i naszym życiem. Co zrobić, żeby wśród świata, który nie szczędzi nam trudności, który zasiewa w serca zwątpienie i niepewność, nie stracić tej nadziei, która w nas jest? Ktoś porównał wiarę do płomienia. Czy będzie to ledwie tlący się knotek, czy buchający ogień zależy od ilości i jakości paliwa. Wiara nie może żyć bez modlitwy, Bożego słowa, liturgii – które są konkretnymi momentami spotkania z osobowym Bogiem. Nie da się też wierzyć głęboko bez wspólnoty, która nie tylko daje wsparcie w trudnościach, ale jest rzeczywistym środowiskiem chrześcijańskiego wzrostu. W końcu – w wierze ważne jest, aby wciąż mieć przed sobą horyzont zbawienia, nadzieję na spotkanie z Bogiem w wieczności, która pozwala podporządkowywać doczesność temu najważniejszemu celowi.

ks. Krzysztof Mierzejewski

 

Artykuł ukazał się w 23. numerze pisma Charyzmat.

Dołącz do prenumeraty już teraz
i otrzymuj egzemplarz prosto do domu w całej Polsce!

Charyzmat
02 kwietnia 2017|Charyzmat|