Bliska znajoma

Pani Z. lubiła – jak to się niegdyś mawiało – bywać. Współcześnie oznaczało to tyle, że świetnie czuła się absolutnie wszędzie, dokąd ją tylko zaproszono. Nie tylko więc lubiła, ale też umiała się znaleźć w każdym towarzystwie. Wyjątkowe cechy jej osobowości sprawiały, że gdy tylko się pojawiała, nikt nie uważał jej za obcą i nieznajomą, choć tak naprawdę nikt też nie kwapił się, by mówić jej po imieniu. Pani Z. to jednak nie przeszkadzało, bo prędzej czy później każdy wkraczał w strefę jej wpływów i tam już pozostawał. Świadomość tej prawidłowości znakomicie wpływała na jej samopoczucie.

Należy przyznać uczciwie, że Pani Z. nigdy i nigdzie nie pojawiała się nieproszona. Niewiele jednak było miejsc, do których nikt jej nie zapraszał, a jeszcze mniej takich, które z własnej inicjatywy omijała wielkim łukiem. Pani Z. wychodziła bowiem ze słusznego niewątpliwie założenia, że sama nie będzie sobie szukała zajęcia, skoro tylu jest ludzi, którzy jej to zajęcie zapewniają. Kiedy już jednak dotarła do niej wieść, że gdzieś na nią właśnie czekają, nic nie było w stanie jej zatrzymać: ani brudne grudy ostatniego zimowego śniegu, ani wiosenne błoto roztopów.

Chętnie i szybko pojawiała się w Wielkim Mieście, nie stroniła od Prowincji, lubiła Wieś. Nie było dla niej zbyt krętej drogi, nadto stromej góry, podejrzanie ustronnego zakątka. Nic doprawdy nie znaczyły sople, topniejące na krawędziach dachów, zimne płatki śniegu – bezsensowne, skoro już marzec – czy wreszcie deszcz szumiący w rynnach i stukający o szyby. Przedwiośnie niejeden słabszy charakter wpędziło w depresję lub co najmniej przyprawiło o zniechęcenie. Pani Z. nie znała tego rodzaju trudności i ograniczeń. Nie odstraszały jej aktywne alarmy, zakazy wstępu, szlabany i granice. Odwaga i determinacja, jaką wykazywała by zjawić się wszędzie, gdzie tylko powinna, dobrze świadczyła o poczuciu obowiązku Pani Z. i źle o specjalistach montujących zabezpieczenia.  
        
Dla ludzi, którzy już raz przyjęli ją do swego domu Pani Z. była wiernym i stałym kompanem; rzec można przyjaciółką nawet, doprawdy na każde zawołanie. Z biegiem czasu stawała się jednak bezlitosna: nie dawała chwili spokoju, nagabywała bez wytchnienia i przychodziła w najmniej odpowiednim momencie. Radośnie mąciła w sercach i umysłach, dyktując bezkompromisowe stwierdzenia i bulwersujące sądy. Ktoś wolny od jej uciążliwej obecności patrzył z boku i nadziwić się nie mógł, jak też taki miły do niedawna osobnik może głosić teraz tak złośliwe opinie? A co najdziwniejsze, dlaczego te opinie stoją w oczywistej sprzeczności nie tylko ze zdrowym rozsądkiem (no dobrze – pomieszanie zmysłów wczesną wiosną może zdarzyć się każdemu), ale też nijak się mają do faktów?

Pani Z. wiedziała jednak swoje i wiedzą tą chętnie, wręcz gorliwie, dzieliła się z każdym, kto chciał i nie chciał jej słuchać. Przyznajmy bez obłudy – tych wolnych, patrzących z boku, ubywało z każdym dniem w takim samym tempie, w jakim przybywało opętanych niebezpieczną filozofią Pani Z. Być może właśnie opętaniem należy tłumaczyć fakt, iż nikt nie myślał nawet o tym, by się Pani Z. w jakikolwiek sposób pozbyć, wykręcić od zbyt częstych wizyt, udać chorego, nieobecnego lub zapracowanego.

Praca… O tak! Praca była żywiołem Pani Z. Tak naprawdę, nigdzie nie czuła się lepiej niż w pracy. Co robiła? Ależ to nie miało absolutnie żadnego znaczenia. Dla szczęścia Pani Z. konieczny był tylko jeden warunek: grupa ludzi. Ostatecznie mogła sobie jakoś poradzić, gdy ludzi było tylko dwoje, ale wtedy musiała bardzo się starać, by ktoś zechciał ją zauważyć i wprowadzić do zespołu. Kiedy współpracowników było więcej, Pani Z. radziła sobie świetnie; radziła sobie – powiedzmy to szczerze – tym lepiej, im lepszy był ten jeden od wszystkich pozostałych. Kiedy temu jednemu przydarzył się awans, był oczywiście niezasłużony, nagroda – przyznana bezpodstawnie, świetne wyniki – po znajomości, jakże inaczej? Zdaniem Pani Z. nie było osoby, która zasługiwałaby na wyróżnienie, chyba że była to osoba głosząca dokładnie jej sądy i opinie. Nierzadko zdarzało się, że ktoś z ulubieńców Pani Z., prezentujący wiernie i szeroko wszystko, co mu w dyktowała w cztery oczy, zdobywał to, na czym zależało innym. No i wówczas, jako lepszy od pozostałych, okazywał się oczywiście doceniony niezasłużenie, bezpodstawnie i po znajomości. Dziwnym trafem nikt nie dostrzegał absurdalności sytuacji, choć zarówno wierny zespół Pani Z., jak i ona sama, mieli się za osoby nieprzeciętnie spostrzegawcze, przenikliwe nawet…

Przenikliwość spojrzenia Pani Z. ćwiczyła często i gorliwie, poczytując sobie za sukces zwrócenie uwagi na drobnostki, które innym zwykle umykały. Ot choćby taki plakat, który zauważyła niedawno jadąc tramwajem. Może kolejne zaproszenie? Jakaś premiera, otwarcie, pokaz? Trzeba być na bieżąco, obejrzyjmy więc, co też tym razem proponują. Plakat był, jej zdaniem, dość ładny (co w opinii Pani Z. należało poczytać za olbrzymi komplement), stonowany, w powodzi krzykliwych reklam wyróżniający się minimalizmem: nieostre, czarno – białe tło a na nim szara figurka dziecka z motylimi skrzydłami. I tylko te skrzydła miały jakiś nieziemski kolor: ni to różowy, ni purpurowy, trochę błękitny i trochę brudnobiały; wydawało się, ze za chwilę się poruszą i drobna, ciemnowłosa dziewczynka odleci w blade, już nie zimowe i jeszcze nie wiosenne niebo. Nim tramwaj ruszył dalej, Pani Z. bez trudu odczytała białe litery złożone w napis „Pomóż, póki jestem”. To hospicjum dziecięce prosiło o wsparcie, przy okazji rocznego rozliczania podatku.

Hospicjum? Dziecięce? No nie! Odwróciła wzrok szybko i z niechęcią… Ostatecznie niewiele jest miejsc, do których nikt jej nie zaprasza, ale takie miejsca Zazdrość z własnej woli omija wielkim łukiem.

Monika Jasina

PS. Powyższa historia jest zmyślona, a jakakolwiek zbieżność… ble, ble, ble. Wiecie, o co chodzi. Taki plakat istnieje jednak rzeczywiście. Widziałam go w lutym we Wrocławiu, na wszystkich niemal przystankach tramwajowych. Był smutny. I piękny.