Trudna miłość

Jeszcze zanim zamknął oczy, już wiedział, że Ona znowu czai się w pobliżu. Niewielki wysiłek woli i mógłby prawie dokładnie Ją opisać. Prawie. Światła wrzucane do pokoju przez poruszające się ulicą samochody, na chwilę przywoływały do istnienia ukryte we wnętrzu przedmioty: półkę z książkami, milczący teraz telewizor, jakieś kwiaty w brudnoszarej doniczce… Czy to znaczy, że byłby w stanie opisać dokładnie pokój, nie znając wcześniej  tego miejsca? Czy to znaczy, że dla pełnego opisu istotne jest dokładne podanie każdego tytułu – wizytówki książki, o którym w mroku wiadomo tylko tyle, że jest? Gdyby tylko chciał, wymieniłby nie tylko tytuły ale również autorów, których dzieła od lat gromadził w prywatnej biblioteczce. Nie chciał; wystarczyła mu świadomość, że jest tam kilka na prawdę cennych pozycji, za które każdy rasowy antykwariusz dałby się pokroić w plasterki.

      Z Nią było całkiem podobnie; wiedział, że jest kimś ważnym w jego życiu, że towarzyszy mu od lat, a Jej dyskretna niegdyś obecność z biegiem czasu nabiera realnych, wyraźnych, dominujących kształtów. Co gorsza, miał świadomość, że ostatnio stracił na Nią jakikolwiek wpływ, natomiast Ona zawładnęła nim niepodzielnie. Nie chciał konfrontacji, był przerażony.
      Leżał na wznak z rękami pod głową i gapił się w sufit, a Jej istnienie stawało się z każdą chwilą coraz bardziej oczywiste. Nie dziwiło go już, że tak intensywnie myślał o Niej tylko w samotności. Codzienna bieganina i tysiące spraw, za które odpowiadał, nie sprzyjały przyglądaniu się Jej, chociaż Ona powoli i konsekwentnie, w sobie tylko znany sposób, stawała się najważniejszym tematem jego uczuć, myśli i na koniec – słów.
      Dzisiaj już nie był w stanie przypomnieć sobie, kiedy po raz pierwszy poczuł na sobie Jej wielbiące spojrzenie. Chyba pod koniec podstawówki, kiedy matematyczka przy całej klasie pochwaliła go za rozwiązanie arcytrudnego zadania, z którym nie poradził sobie nawet ten kujon Jacek – finalista olimpiady. Tak, to było właśnie wtedy… Nawet, jeżeli zdarzało się wcześniej, nie był tego świadomy. Ta jedna chwila tryumfu obudziła w nim wtedy coś, jak sądził, nadzwyczajnego: poczucie Jej obecności. Kiedy to było? Mój, Boże… dobre trzydzieści lat temu. Z niechęcią przewrócił się na bok i podciągnął kołdrę pod brodę. Chciał zasnąć, za wszelką cenę zasnąć i uwolnić się od Niej, choć na chwilę. To był bardzo długi dzień…

      Samochód prowadzony jego pewną dłonią sunął przez poranny ruch jak lodołamacz, rozgarniając umykające w przerażeniu na boki śmieszne figurki innych pojazdów:
    Jak jedziesz? No jak? Idiota po prostu! – gdyby tylko miał takie uprawnienia, na drodze nie został by żaden z tych żałosnych kierowców – Zjeżdżaj, cymbale! Spieszę się! – Pewien własnych umiejętności nie żałował podobnych uwag tym, co w porę nie usunęli się z jego drogi.
      Nie miało większego znaczenia, że tamci go nie słyszeli, najważniejsze, że Ona była siódmym niebie. Najlepiej czuła się, kiedy był chwalony, doceniany, podziwiany. Przychodziła wówczas nie wiadomo skąd, stawała w pobliżu i pęczniała z dumy. Nie chodziło jej nawet o to, by pochwały były szczere. Jeżeli z jakichś powodów pochlebców nie było w pobliżu, wymagała bezwzględnie, by sam siebie przekonywał o swojej wyjątkowości, a najlepiej wypadało to wówczas, gdy wszyscy inni okazywali się mniej zdolni, nie dość rozgarnięci. Wszyscy, których kiedykolwiek spotkał, segregowani byli według jego własnej hierarchii, na którą Ona miała oczywiście wpływ decydujący. Najważniejszy był on. Gdy tylko ten wewnętrzny porządek nie zgadzał się z rzeczywistością (w końcu nawet on miał jakichś przełożonych, czegoś od niego wymagano lub czegoś mu odmówiono), rosła w nim złość, bunt i wreszcie nienawiść dla tych, którzy Ją zranili. Z dnia na dzień rosła też liczba ludzi, którymi z tego powodu gardził. Bardzo chciał, by o tym wiedzieli, dlatego jego frustracje musiały wieść życie publiczne. Zapewniał im to życie w sieci, gdzie sam pozostawał bezpiecznie anonimowy. Ale przecież nie o niego tu chodziło. To Ona musiała otrzymać stosowne zadośćuczynienie.

      Jakiś głośniejszy dźwięk za oknem wytrącił go z płytkiej drzemki. Sam nie wiedział, czy to, co ma przed oczami to jeszcze resztki snu czy już rzeczywistość. Szybko jednak otrzeźwiał, wściekły nie na to, co go obudziło, ale na tę głupią kartkę, leżącą na nocnym stoliku. Sam ją tam odłożył, nim zaczął się przewracać z boku na bok w oczekiwaniu na sen. Tak, to przez to kretyńskie święto, rozdmuchane i celebrowane aż do granic ludzkiej wytrzymałości!
      Pierwsza kartka, jaką w życiu dostał na Walentynki, czekała na niego dzisiaj za wycieraczką samochodu, kiedy wychodził z firmy późnym popołudniem. Nie była przysypana śniegiem, więc chyba znalazła się tam dosłownie chwilę przed jego wyjściem. Rozejrzał się, ale nie zobaczył nikogo, komu mógłby przypisać ten gest sympatii. Może to Ona? Niemożliwe! Szybko spojrzał na podpis, potem na treść. Kartka pisana była ręcznie, a to zaskoczyło go, co najmniej tak samo jak użyte słowa. Nie znał tego równego, ładnego charakteru pisma, niewiele też rozumiał z samego tekstu: „Miłość to bycie do dyspozycji, to gotowość do tego by usłużyć, pomóc, przydać się, zaopiekować się. To chęć bycia potrzebnym. Nawet tego nie próbuj, bo odejdę”.  
      To dlatego nie mógł dzisiaj zasnąć. I nie był wcale pewien, czy jutro będzie choć trochę lepiej. Chyba, że jakimś cudem spróbuje o Niej zapomnieć. Tak – zdecydował – zacznie od jutra. Jutro będzie zupełnie nowy dzień, a wieczorem podpis na walentynce może nie będzie już tak kłuł w oczy. Podpis, który nie budził wątpliwości: „Twoja Miłość Własna”.

      Monika Jasina

Ps. Powyższa historia jest zmyślona od początku do końca, a jakakolwiek zbieżność osób, miejsc i charakterów z rzeczywistymi – przypadkowa i niezamierzona. Tekst o miłości jest autorstwa M. Malińskiego i znalazłam go w sieci na www.cytaty.info/.