Jak u mamy

Sambor – niewielkie miasto oddalone tylko o 50 kilometrów od przejścia granicznego w Medyce. Geograficznie leży na zachodzie Ukrainy. A jednak obserwując życie codzienne Samborzan zauważyć można powszechność języka polskiego obecnego w wielu rozmowach. Co więc w tym miejscu, położonym względnie niedaleko od naszej archidiecezji, robiły dwie oazowe animatorki?

Zaproszenie

Interesującym faktem jest to, że z kościołem rzymskokatolickim identyfikuje się mniejsza część mieszkańców. Tak, jak się można było tego spodziewać, są to najczęściej ludzie starsi, o polskich korzeniach. Jednak średnia wieku tamtejszych katolików jest zaniżana przez młodzież, którą także można spotkać w kościelnych ławkach. Choć nie jest to jedno z większym miast, takich jak choćby Lwów czy Kijów, wyróżnia się jednak wielokulturowością.  Wśród mieszkańców można spotkać nie tylko rdzennych Ukraińców, ale też Polaków, czy Rosjan. W to interesujące miejsce udałyśmy się dzięki Diakonii Misyjnej z naszej archidiecezji oraz na zaproszenie siostry Elżbiety, która posługuje właśnie na Ukrainie.

Początkiem czerwca, zaraz po powrocie z Centralnej Oazy Matki, zapakowałyśmy nasze bagaże i wsiadłyśmy do busa. Przed nami było całe półtorej godziny drogi, które należało spędzić w dość sporym ścisku, między innymi pasażerami. Co ciekawe, nie miałyśmy pojęcia, gdzie wysiąść, ani w które miejsce dokładnie się udać. Jak się okazało – wysiadłyśmy dokładnie tam, gdzie powinnyśmy, a klasztor sióstr znalazłyśmy bez problemu. Choć była to tylko pierwsza część naszej przygody z Samborem, to już doświadczyłyśmy wtedy Opatrzność Bożej i mocy modlitwy innych ludzi. Byłyśmy gotowe, by pomóc w animacji półkolonii dla tamtejszych dzieci pochodzących z polskich rodzin.

Autentyczna wiara

W Samborze działa tylko jedna rzymskokatolicka parafia. To jedyna w mieście, która podczas wojny nie została zamknięta przez władze radzieckie.  Przy niej stacjonowałyśmy u boku sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi.  Na miejscu zastałyśmy wspólnotę młodzieżową, która czynnie angażowała się w życie Kościoła. W sąsiedztwie istnieje także grupa oazowa. Bardzo szybko nawiązałyśmy relację z dwiema dziewczynami z Ruchu, naszymi rówieśniczkami, uczącymi się i mieszkającymi przez ten czas w Samborze. Co ciekawe, jedna z nich w tym roku uczestniczyła w Oazie Nowego Życia III st. w Polsce – w Krakowie. Dziewczyny pomagały nam każdego ranka, przed wyjściem do szkół, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Nieocenione było ich wsparcie w przygotowaniach technicznych: posprzątaniu miejsc zabaw, czy opracowaniu wzorów prac plastycznych, które potem miały za zadanie wykonać dzieci. Dorzucały też wiele pomysłów dotyczących prac w grupach czy zabaw. Jesteśmy im bardzo wdzięczne również za pomoc w odnalezieniu się w mieście. Ma czas naszego pobytu stały się dla nas przewodniczkami.

Już na samym początku byłyśmy świadkami pięknego zdarzenia. W dniu naszego przyjazdu do Sambora, w parafii miała miejsce peregrynacja kopii figury Matki Bożej Fatimskiej, która tutaj uważana jest za obrończynię Majdanu. Po wieczornej Mszy św., w której uczestniczyło wielu parafian (świątynia wypełniona była po brzegi), do figury ustawiała się kolejka wiernych z różańcami w ręku, by móc przez chwilę chociażby otrzeć się o płaszcz Matki. W niedzielę uczestniczyłyśmy w uroczystościach I Komunii Świętej oraz rocznicy tego wydarzenia. Także wtedy frekwencja była przeogromna, a ludzie nie mieścili się w murach kościoła. Widziałyśmy ogromną, autentyczną wiarę w ludziach, a ten obraz trwa w nas do teraz. Kościół zdecydowanie nie świeci tam pustkami. Przeważnie uczęszczają do niego wierzący o polskich korzeniach, dla których religia stanowi pewien sposób podtrzymania kultury. Wprawdzie społeczeństwo jest ogromnie uczynne i gościnne, ale również, niestety, zabobonne.

Prawie jak na oazie

Po udziale w uroczystościach związanych z peregrynacją figury Maryi przystąpiłyśmy do przygotowania miejsca, w którym odbywała się półkolonia. Czekało na nas podwórko wraz z małą salką, mieszczące się przy domie sióstr oraz namiot, w którym spożywaliśmy posiłki. Całość wymagała tylko „drobnych zabiegów stylistycznych” tj. przypięcia dekoracji, poukładania krzeseł. Takich drobnych zajęć jednak było sporo, a zatem także w tym pomagali nam lokalni oazowicze. Klasztor stanowi ostoję dla dzieci i młodzieży nie tylko raz w roku, ale właściwie przez cały czas.  Siostry już kilkakrotnie organizowały podobne zajęcia, więc od samego początku dzieci z wielką chęcią garnęły się na ten obóz. Z każdym dniem frekwencja wzrastała. Zaczęłyśmy od niespełna 30 osób, natomiast w szczytowym momencie było ponad pięćdziesięciu uczestników. Najmłodszy miał 5 lat, najstarszy 17. Duża rozpiętość wiekowa, prawda? Najmłodsze dzieci najchętniej skupiały swoje siły na pracach plastycznych. Te w wieku szkolnym uwielbiały rozgrywki sportowe. Wśród nich wyłania się grupa osób przygotowujących się do I Komunii Świętej, dla których przewidziane były osobne zajęcia. Wszystkich natomiast skupiały spacery oraz tańce, którym przywodziła Patrycja. Starsze koleżanki natomiast pomagały nam w animowaniu tego czasu. Dziewczyny świetnie odnalazły się jako jurorki w zawodach sportowych, konkursach, a także animacji zabaw i graniu na gitarze. Gdyby nie one, nie potrafiłybyśmy porozumieć się z dziećmi, które nie mówiły jeszcze po polsku.

Kolonii przyświecało hasło: „Z Maryją i Jezusem na wakacjach”. Dzień rozpoczynaliśmy modlitwą oraz wprowadzeniem w temat dnia. Te krótkie pogadanki były prowadzone na zmianę przez siostrę Elżbietę oraz przez nas. Przez ten tydzień stawialiśmy jako przykład właśnie Maryję, która była dla nas wzorem posłuszeństwa, modlitwy i czystości. Do tego codziennie uczyliśmy się nowej piosenki, która stawała się piosenką dnia i powracała potem w różnych momentach. To wszystko sprawiało, że czułyśmy się prawie jak na oazie. Te treści przeplatały się z różnymi zabawami integracyjnymi, które pomagały nam tworzyć coraz lepszą wspólnotę. Towarzyszyły nam śpiewy i tańce, a także cieszące się dużym zainteresowaniem zawody sportowe, najlepiej takie z nagrodami. Popołudnia spędzaliśmy przy torach przeszkód, przeciąganiu liny, innym razem biegając za piłką. Wśród tańców pojawiały się znane oazowiczom z pogodnych wieczorów układy. Śpiew natomiast przybierał różne formy, od piosenek chwalących Boga, po lokalne śpiewki. Próbowałyśmy nauczyć się od dzieci ukraińskiej wersji „Jesteś Królem” i prawie się nam to udało.

Mała wspólnota

Ciekawym doświadczeniem były rozmowy z dziećmi – większość z nich mówiła i rozumiała po polsku, jednak niektóre słowa stanowiły dla nich, i dla nas również, wyzwanie. Prawdą jest, że bliskość obu krajów i niewielka odległość Sambora od Przemyśla sprawiają, że chcąc nie chcąc używamy tych samych słów na określenie niektórych rzeczy. Po pewnym czasie nawet rozumiałyśmy sens zdań, które wypowiadane były po ukraińsku. Dzieci między sobą rozmawiały w interesujący sposób. Najczęściej po ukraińsku albo po polsku przeplatając słowami z języka ukraińskiego, czy nawet rosyjskiego.

 Wspólnie nakrywaliśmy do stołu, wspólnie też zasiadaliśmy do niego, a wiadomo, że przy stole najlepiej buduje się relacje. Nie wszystkie dzieci się znały, więc posiłki były dobrą okazją, by to zmienić. Zajęcia plastyczne i manualne, czy prace w grupach wzbudzały w uczestnikach największe zaangażowanie. Z czasem prace plastyczne dzieci w całości wypełniły jedną ze ścian jadalni, tworząc niebanalną wystawę. Równie dobrze bawiliśmy się przygotowując scenki na podstawie przypowieści biblijnych. Każde dziecko mogło wcielić się w inną rolę, a potem przedstawić przed całą wspólnotą. Nie mogło oczywiście zabraknąć dnia talentów. Wszyscy czekali na niego z niecierpliwością, ponieważ miał miejsce dopiero na sam koniec.

Spora część naszej grupy przygotowywała się do I Komunii Świętej, czemu także poświęcaliśmy uwagę. W tym roku przystąpiła do niej ponad dwudziestka dzieci. Na Ukrainie jest podobne podejście dzieci do tego sakramentu jak u nas, jednak nie obserwuje się tak dużego zainteresowania prezentami. Może dlatego, że spora część rodzin żyje w skromnych warunkach. Każdy dzień zwieńczaliśmy wspólną Eucharystią. Dzieci z zaangażowaniem brały udział w przygotowaniach duchowych i liturgicznych. Wszystkie chciały czytać i śpiewać psalm, więc trudno było im wytłumaczyć, że nie mogą tego uczynić.

Ona czuwała

 Ostatniego dnia wyjechaliśmy do Krysowic,  gdzie mieści się sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej, by po raz kolejny uczcić Jej figurę oraz podziękować za czas półkolonii. Można więc powiedzieć, że Maryja nas powitała i chciała także  pożegnać. Bez wątpienia to Ona czuwała nad całością przedsięwzięcia. Przecież było to dzieło poświęcone Jej od samego początku. Cieszymy się ogromnie z tego „przypadku” szczególnie, że wydarzył się w roku setnej rocznicy Jej objawień w Fatimie. Jest to zachęta dla nas do jeszcze pełniejszego zawierzenia i oddania się w ręce Matki.

W przeddzień Bożego Ciała wróciłyśmy do Polski. Widać bardzo zaaklimatyzowałyśmy się w Samborze, ponieważ w drodze powrotnej niektóre osoby brały nas za Ukrainki. Trzeba było się namęczyć, żeby wyjaśnić jednemu panu z marszrutki, że pochodzimy z Polski. Wiele można mówić o tym, co tam się działo, ale dla nas przede wszystkim był to wyjątkowy czas i silne doświadczenie Opatrzności. Choć nie było bariery językowej, to Sambor wydaje nam się miastem zupełnie innym od tych, które poznałyśmy do tej pory. Czas jakby zatrzymał się w tej części świata, a wiele znanych nam nowinek technicznych nie jest tam powszechnie znanych. Jednak prostota tego miejsca sprzyja autentycznej i tradycyjnej wierze tamtejszych ludzi.  Bogu niech będą dzięki za ten wspaniały czas oraz osoby, dzięki którym mogłyśmy wziąć udział w tych małych misjach!

Joanna Hałys, Patrycja Pikłowska

29 października 2017|Charyzmat|