Oazowicz i polityka

Czy to się łączy, czy wyklucza? Czy Oazowicz może zostać politykiem? Oczywiście, że może. Koniec tematu? Niestety nie. Dlaczego? Bo rodzi się kolejne pytanie: za jaką cenę?

Nie chodzi o finansowe koszty kampanii wyborczej czy o zobowiązania zaciągnięte wobec innych osób. „Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze„. Tzw. mądrość tego świata, ale nietrafiona w tym przypadku.

O co zatem chodzi, jeśli nie o pieniądze?

„Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Mt 16, 26). Szkoda na duszy? To pojęcie spoza katalogu szkód ubezpieczeniowych. To coś z innej bajki, nijak nie przystające do współczesnego języka. Zapytajmy inaczej:

Czy będąc politykiem można zachować przyzwoitość?

Dawno, dawno temu, na początku XXI wieku, sfrustrowany mizerią polskiej polityki  mój ówczesny kierownik podsumował rzeczywistość następującym stwierdzeniem: Polityka to taka brudna sprawa, uczciwy człowiek powinien trzymać się od niej z daleka, prawda? Domyślam się, że mówił z własnego doświadczenia, jako wieloletni działacz młodzieżowy, niosący sztandar w pierwszym szeregu w pochodach pierwszomajowych za nieboszczki komuny. Nie pamiętam swojej odpowiedzi, ale na pewno wziąłem pod uwagę niedoścignioną pamiętliwość pana kierownika i ogólną zasadę, że milczenie jest złotem.

„Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem:  Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu” (Koh 3, 1). Skoro na wszystko jest czas, to musi być i na politykę. Tu jednak z czasem zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Wchodząc w politykę, życie nabiera tempa: spotkania, rozmowy, ustalenia, terminy, rozliczanie, brak czasu, aby wszystko ogarnąć. To jakby zasiąść za kierownicą szybkiego auta na drodze pełnej zakrętów. Kto lubi szybką jazdę, da sobie radę. Człowiek spokojny wiele ryzykuje.

Oazowicz powinien szukać pokoju i dążyć do niego. ”Odstąp od złego, czyń dobro; szukaj pokoju, idź za nim!” (Ps 34, 15). Jakiego pokoju, czy chodzi o tylko brak działań zbrojnych? To byłoby zbyt proste, wystarczy przeczytać resztę tego psalmu, aby zrozumieć, że chodzi o pokój będący owocem sprawiedliwości i bojaźni bożej.

Oazowicz jest człowiekiem modlitwy to znaczy, że codziennie musi znaleźć czas dla Pana Boga, nie tylko na krótki paciorek, ale na czytanie i rozważanie Pisma Świętego, koniecznie w warunkach wyciszenia, na inne zobowiązania wynikające z formacji, a może jeszcze na Mszę św. lub adorację. Co to oznacza w praktyce? Co najmniej godzinę lub nawet dwie stracone dla innych działań. Wyłączony telefon, zamknięty laptop, opóźniona reakcja na tweety i maile powstałe w tym okresie.

Czy polityka stać na takie marnotrawstwo czasu? Zazwyczaj nie, i dlatego mamy to, co mamy. Czy można się wyciszyć mając kolejkę spraw i ludzi czekających na załatwienie? Można, ale kosztem snu – wstając wcześnie i zaczynając dzień od modlitwy, od Mszy św. Jeśli poprzedniego dnia do późna trwało spotkanie, wstać nie będzie łatwo…

Kult skuteczności.

Patrząc z perspektywy kilkunastu minionych lat muszę kierownikowi przyznać rację, przynajmniej częściowo. Kto robi największą karierę w polityce? Ludzie bezwzględni i wyrachowani, cyniczni kłamcy i manipulatorzy. Takiemu nikt nie dorówna w obietnicach, bo on je składa dobrze wiedząc, że niczego  nie dotrzyma. Gdy obejmie władzę, obstawi kluczowe stanowiska swoimi kolesiami i będzie przymykał oko na ich przekręty. „Zwycięzców nikt nie sądzi” – to motto takich ludzi. Społeczeństwo długo się o matactwach nie dowie, a może nigdy, bo silny władca zadba o skuteczną propagandę sukcesu. Niepokorni dziennikarze zaczną znikać, wyskakiwać przez okna lub odbierać eksplodujące przesyłki. Opinia międzynarodowa pomruczy o nieprawidłowościach przy kolejnych wyborach, wygranych przez wodza z niekwestionowaną przewagą, ale nikt nie odważy się na krytykę wprost.
Jakieś „naukowe” uzasadnienie takiego zaniechania? Proszę bardzo: „Nie będę się kopał z koniem”.

Kompromis – nieunikniony, lecz ciężkostrawny.

Tam, gdzie władza musi liczyć się z opozycją, pojawia się konieczność kompromisu. Każdy z czegoś ustępuje, aby coś w zamian zyskać. Przysłowiowa szklanka do połowy pełna lub do połowy pusta. Nie zawsze do połowy, gdy siły są nierówne, bo duży może więcej. Daremnie szukałem słowa „kompromis” w Katechizmie Kościoła Katolickiego, indeks nie zawiera tego słowa. Szkoda, bo na przykład „kompromis aborcyjny” to dla wielu święta krowa, której broń Boże nie wolno ruszyć i warto było by poczytać czy zdaniem Kościoła kompromis jest z natury zły, czy nie.

Chrześcijanin solą ziemi i światłem świata.

„Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci smak, czymże ją posolić? (…) Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w dom” (Mt 5,13). Czytając te słowa trudno mi się oprzeć wrażeniu, że chrześcijanie są ukazani jako znikoma mniejszość, jako przyprawa niezbędna do smaku większej całości, jako jasny element oświetlający ciemne wnętrze. A w wielu z nas pokutuje przekonanie, że stanowimy większość, że pozostali powinni podzielać nasze racje, że prawda zawsze zwycięży samą siłą swojej logiki. Zapewne zwycięży, ale czy my tego dożyjemy?

Badanie kompatybilności.

Gdy pojawia się nowy polityk, obóz przeciwny przeprowadza badanie kompatybilności. Mówiąc bardziej zrozumiale, sprawdzają na ile ten człowiek jest wierny swojemu programowi, a na ile można się z nim „dogadać”. Wiernego zasadom określają mianem fundamentalisty, a niewiernego urabiają na swoją miarę.

Marchewka i kij.

Kiedy „nasz człowiek” poczuje smak marchewki, zręcznie i dyskretnie podsuniętej przez oponentów, staje na skraju politycznego urwiska. Trudny wybór pomiędzy wiernością a korzyścią. Jeśli wybierze korzyść, skończy się jego wolność. Może sam ma jeszcze opory, ale przekonają go wpływowi doradcy – rozrzutna żona, pazerne dzieci, chciwy szwagier. „Marchewkodawcy” mają dobrą pamięć i co gorsza, mogą ujawnić, komu i jak smakowała marchewka. Mają twarde dowody, zdjęcia, nagrania. Jaka marchewka? Może „okazyjnie” kupiona działka, ustawiony przetarg, sponsorowana wycieczka do ciepłych krajów, co kto woli. Nasz człowiek zaczyna czuć smak kija, tu nie ma żartów, tu nie ma zmiłuj, tu zaczyna się polityka w takim rozumieniu, do jakiego przywykli wrogowie prawdy i dobra wspólnego.

Trudny wybór między prawdą a korzyścią.

Polityk musi wybierać miedzy tym, co słuszne, a tym, co przyniesie mu korzyść. „Broniąc prawa do życia od poczęcia uwikłamy się w kolejny konflikt i sondaże pójdą w dół. A wybory niedaleko. Lepiej to przeczekać”. Czyż nie taka kalkulacja tłumaczy przeciągające się prace sejmowe nad projektem ustawy lepiej chroniącym życie?

Pochlebcy i lizusy.

Osoba sprawująca władzę, nawet tak skromną, jak władza kierownika, nie mówiąc o prezesie czy premierze, przyciąga rożnych cwaniaków, chcących się wesprzeć cudzym autorytetem. Taki typ wchodzi w łaski szanownego pana prezesa informując pokątnie o niedociągnięciach w firmie i ich sprawcach, sprzątając (rękami prezesa) ze swojej drogi ludzi niewygodnych lub zajmując ich miejsce. Ludzie boją się pochlebcy, aby ich nie „podkablował” szefowi. Lizus omotuje kolejnych prezesów, buduje dom, załatwia pracę swojemu potomstwu i żyje, jako pasożyt i gnida, otoczony skrywaną niechęcią współpracowników.  Zaplecze polityczne.Jeżeli polityk otacza się ludźmi tego pokroju, jeżeli tacy ludzie reprezentują go w terenie, takim powierza stanowiska kierownicze, takich broni w razie konfliktu z podwładnymi, to sieje zgorszenie, psuje wizerunek swojej organizacji i wcześniej czy później utraci władzę.

Ludzie zepsuci

lgną do władzy jak muchy do miodu. Mają swoją własną mądrość życiową, zapewniającą przetrwanie a nawet dziedziczność stanowisk i wpływów. Spryt jest w tym środowisku w najwyższej cenie. „Jeżeli cię złapią za rękę na gorącym uczynku, mów, że to nie twoja ręka. Jeżeli cię przyłapią na gwałcie, powiedz, że się przewróciłeś”. Piastujący wysokie stanowiska, noszący białe kołnierzyki, obecni na ekranach postępackich telewizji, właściwe oblicze ujawniają choćby na nagraniach zrobionych przez kelnerów ulubionej restauracji. Mnie nie obchodzi kto to nagrał. Mnie poraża nikczemność nagranych wypowiedzi. Prostacka mentalność, nijak nie pasująca do powagi stanowisk i tytułów, karczemny język, niezdolny do sformułowania wypowiedzi bez wulgarnych wzmacniaczy. „W danej grupie ten więcej klnie, kto ma mocniejszą pozycję” – oto zasłyszane naukowe uzasadnienie.

Klnę, więc jestem w grze.

Dla nas chrześcijan to czytelny znak do czyjego królestwa należą przeklinający. „Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. Tak być nie może, bracia moi! Czyż z tej samej szczeliny źródła wytryska woda słodka i gorzka?” (Jk 3,10-11). Po co o tym piszę? Bo z takimi ludźmi zetknie się „nasz człowiek” wchodząc w politykę. Czeka go praca w szkodliwych warunkach, groźnych dla ducha, niczym opary chemiczne, zadymienie albo wibracje i hałas. „Oj tam, oj tam, ludzie bez zasad są może w stolicy, ale nie u nas – na prowincji.” Czy aby na pewno? A ja znam radnego, który w przypływie szczerości wyznał przed wyborami: „Mnie jest obojętne, z którego ugrupowania startuję, byle bym się dostał do Rady.” Brawo! Nieważny program, nieważne obietnice, byle dopchać się do żłobu i doić kasę… Przepraszam, zagalopowałem się, miałem na myśli „działać skutecznie w Radzie i pozyskiwać środki na szlachetne cele statutowe Towarzystwa.”

Czy wystarczy być uczciwym, aby wejść do polityki?

Nie wystarczy. „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie.” (Mt 10,16). Roztropność, zdolność przewidywania następstw, dobra pamięć do słów i czynów, umiejętność przypomnienia kłamcom ich niespełnionych obietnic, pokazania sprzeczności między ich słowami a czynami, odporność na stres, umiejętność ustalania priorytetów, delegowania zadań, rozliczania z nich – to tylko niektóre z cech koniecznych do przetrwania, aby nie stać się kozłem ofiarnym, na którego ludzie zepsuci zrzucą własne winy i zaniedbania. Tylko tyle, a może aż tyle, na dobry początek.

Wojciech Winnik