W domowym Kościele formujemy się od 5 lat przy sanockiej Farze. W tym roku w sierpniu nieoczekiwanie wzięliśmy udział w tygodniowych rekolekcjach tematycznych pt: „Gdzie są nasze dzieci”, które odbywały się w Heluszu. Piszę „nieoczekiwanie”, bo w naszych planach wakacyjnych nie było wyjazdu na rekolekcje… To była chwila, impuls. Decyzję o udziale w rekolekcjach podjęliśmy spontanicznie. Wiedzieliśmy, że rekolekcje prowadzą Monika i Piotr Kopczykowie. Powiedziałam mężowi, żeby zadzwonił do Piotrka i zapytał czy są jeszcze wolne miejsca. Okazało się, że są. Ostatnie dwa (i to tylko dlatego, że kilka dni wcześniej ktoś zrezygnował). Poczułam, że to znak, że powinniśmy pojechać. Jesteśmy rodzicami dwóch dorastających synów, problemów z ich wychowaniem mamy niemało i uznałam, że takie rekolekcje bardzo się nam przydadzą, na pewno nie zaszkodzą. Dodatkowym argumentem przemawiającym za tym, że powinniśmy pojechać było to, iż nasz starszy syn w dniu rozpoczęcia naszych rekolekcji rozpoczynał warsztaty z Diakonią Muzyczną w Przemyślu. Miał zapewnioną opiekę, więc mogliśmy wyjechać z domu z naszym młodszym synem. Z głową pełną pytań, bo do końca nie rozumieliśmy zaczepnego tematu rekolekcji w formie pytania, dotarliśmy do Helusza.

Rekolekcje prowadził ks. Witold Burda, który każdego dnia powtarzał, że jego nazwisko zobowiązuje… A działo się wiele. Z jednej strony był to dla nas święty czas, kiedy mogliśmy być ze sobą  (a tego ostatnio brakowało nam najbardziej), z drugiej zaś czas fantastycznych konferencji z udziałem zaproszonych gości. Niejedna uczelnia mogłaby nam pozazdrościć tak profesjonalnych wykładów. Temat dziecka- jego rozwoju, potrzeb itp. został dotknięty niemal z każdej strony. Wykłady prowadzili: psycholog, pedagog, lekarz, policjant, ksiądz-egzorcysta. Każdego dnia po kolejnej konferencji otwierały się nam oczy, jak wiele błędów popełniamy jako rodzice w wychowaniu naszych dzieci, ale też jak z wieloma zagrożeniami muszą się zmierzyć nasze dzieci każdego dnia. Wśród odwiedzających nas gości znaleźli się również Jan Pospieszalski, Barbara Nowak, Magdalena i Zbigniew Kaliszuk, arcybiskup Adam Szal. Ktoś z uczestników zażartował, że następnego dnia to już chyba sam papież Franciszek do nas przyjedzie J.

Przez cały tydzień rekolekcji towarzyszyła nam rodzina Ulmów z Markowej, o beatyfikację której modliliśmy się każdego dnia. Rodzina Ulmów została nam ukazana jako wzór chrześcijańskiej, kochającej się, rozmodlonej i żyjącej na co dzień Słowem Bożym rodziny, nieobojętnej na potrzeby bliźniego. Wiele małżeństw po tych rekolekcjach na dialogu małżeńskim tę właśnie rodzinę wybrało na patrona swojej własnej.

Momentem, który najbardziej mnie poruszył w czasie tych rekolekcji, było nabożeństwo dla rodziców, ukazujące grzechy, jakie my – rodzice popełniamy wobec własnych dzieci… I ja na tym nabożeństwie „zobaczyłam” swój grzech, który popełniam od wielu lat. Ja nie miałam świadomości, że w ogóle grzeszę… Dzisiaj pracuję nad tym, żeby całkowicie go wyeliminować.

Gdybym miała podsumować te rekolekcje jednym zdaniem: Dzieci potrzebują do życia czterech rzeczy: po pierwsze miłości matki, po drugie miłości ojca, po trzecie miłości ojca do matki i po czwarte miłosiernej miłości Boga.

Gdybym musiała zamknąć te rekolekcje w jednym słowie, to posłużę się ulubionym słowem naszego ks. moderatora: PETARDA.

I na koniec jeszcze taka refleksja. Pewnego dnia na rekolekcjach przybiega do mnie syn i woła: „Mamo, mamo, a dlaczego jest nas tylko dwóch? Tu są rodziny, co mają po czworo i pięcioro dzieci i mają tak fajnie”. Mój syn mnie zawstydził, nie wiedziałam co mu odpowiedzieć, łzy napłynęły mi do oczu. Zbyłam go jakąś zdawkową odpowiedzią „Tak wyszło”. Dzisiaj z perspektywy czasu, bardzo żałuję, że nie jesteśmy rodziną wielodzietną. Na pewno byłoby więcej problemów wychowawczych, organizacyjnych, ale z drugiej strony byłoby też więcej miłości, bo mielibyśmy więcej dzieci do kochania… Do wszystkich wahających się :NIE ZAMYKAJCIE SIĘ NA ŻYCIE.

Joanna i Mariusz