Mam w kalendarzu zaznaczoną datę w styczniu. W tym roku po raz dwudziesty dziewiąty. To rocznica urodzin dla Nieba mojego pierwszego dziecka. „Poronienie w toku” – padają głucho, na dużej sali badań, słowa lekarza. Niestety szpital w Przemyślu jest przepełniony i trzeba jechać do Jarosławia. Od kilku godzin zmagam się z bólem i krwawieniem. W drodze, już w karetce, zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja jest poważna. Całym sercem zwracam się do mojego dzieciątka „by się trzymało”’. Za szybą zima i pada śnieg. Noc w szpitalu, na Oddziale Ciąży Powikłanej, przeciąga się. Dowiaduję się, że kobiet takich jak ja jest tu o wiele więcej. Ale są też takie, które przyszły na planowany zabieg poronienia. Jestem zagubiona i oszołomiona. Rano lekarz stwierdza, że,  „już po wszystkim”’. Zaczyna się przygotowanie do zabiegu. Nie ma miejsca na pytania. Czuję strach, łzy ciekną mi po twarzy, zasypiam. Wracam do domu. Latami ciągną się pytania „dlaczego tak się stało? Czy swoim zachowaniem nie przyczyniłam się do śmierci dziecka? Dlaczego nie walczyłam o ciałko i pochówek?”. Wyrzuty sumienia wystarczają na wiele kolejnych spowiedzi. Ulga przychodzi wiele lat później, kiedy uczestniczę w pierwszej w mieście Mszy Świętej w intencji dzieci poronionych i urodzonych martwo, a następnie złożonych do wspólnego, symbolicznego grobu. Cud Eucharystii sprawia, że słyszę i przyswajam słowa księdza: „nie pytaj dlaczego, ale dziękuj za to życie, ile by ono nie trwało”. Dzięki Bogu dziś rodziny mają w szpitalu prawo do psychologa, kapłana i mogą prosić o wydanie zwłok dziecka. Od kiedy moje później urodzone dzieci osiągnęły wiek, w którym mogły to choć troszkę zrozumieć wiedzą, że mają brata lub siostrę w Niebie. I że jest to ktoś bardzo ważny, choć nie zdążył się urodzić. Miałam szczęście urodzić i patrzeć na moje pięcioro dzieci, ale serce ciągle pamięta o tym pierwszym dzieciątku. Kocham spacery w zimie i tańczące płatki śniegu… Jak będzie wyglądać nasze spotkanie w Niebie? Proszę dobrego Boga, by pozwolił się kiedyś spotkać, przypaść do jego stóp, obdarować zatrzymanymi przed laty pocałunkami, przeprosić za matczyne błędy, utulić, zobaczyć te upragnione, kochane oczka…

Są takie dni, na które czekam z utęsknieniem. Dni przyjazdu moich dorosłych już dzieci do domu. Omadlam ten czas i staram się też przygotować coś dobrego do jedzenia. I oto przyjeżdża mój średni synek. Witam go w progu i widzę zmęczenie na twarzy po kilkugodzinnej podróży (a może to wynik jego pomysłów na życie i eksperymentów z głodówkami? Kiedyś nie jadł pięć dni). Mąż zaprasza go do kuchni „chodź, chodź, mamy pyszną szynkę domowej roboty!”. Synowi wracają ogniki w oczach, ale jakoś dziwnie wycofuje się, dziękuje i mówi, że jest bliski zrezygnowania z jedzenia mięsa. Przy herbacie dowiadujemy się, że syn w czasie nocy muzeów, obejrzał wystawę zachęcającą do obrony zwierząt i była ona tak przemawiająca do publiczności, iż skutkuje jego decyzjami, by zostać wegetarianinem. W wywiązanej rozmowie próbowaliśmy się zmierzyć z półprawdami i celem takich wystaw. Gospodarka nastawiona na szybki zysk to nie powód, by zupełnie rezygnować z jedzenia mięsa, jaj, mleka, czy noszenia ciepłego sweterka z dobrej wełny. Kiedyś tak nie było. Krowa była traktowana jak żywicielka, gospodarz nie poszedł odpocząć dopóki nie oporządził konia, zwierzętom nadawano imiona, chodzono do nich z opłatkiem… Komuś bardzo zależy, by do młodzieży dotarła informacja o złym traktowaniu zwierząt. Począwszy od „gwałcenia krów”, przez wykorzystanie z nich wszystkiego co się da, oddawaniu koni na bakutil, a skończywszy na niehumanitarnym uboju (nie wspomnę już o zupełnie świeżej wypowiedzi pana Hołowni, iż na Sądzie Ostatecznym będą nas sądzić świnie…). Pytam syna, czy widział w centrum tego dużego miasta wystawę, która z podobną determinacją broniłaby prawa do życia nienarodzonych dzieci, pokazywała jak rzeczywiście wygląda i czym jest aborcja. Odpowiada, że nigdy nie widział i nigdy się nad tym nie zastanawiał, bo to zbyt osobista sprawa. Czuję smutek. Proponuję by obejrzał film „Nieplanowane”. Jak myślicie… obejrzał?

Matka