Szkło

Miasteczko było niewielkim kawałkiem świata, zagubionym między rozpędzoną metropolią i zapracowaną wsią. Jako że nie było ani jednym, ani drugim, wiodło własny żywot, znaczony równomiernie nieważnymi sprawami. Jak sięgnąć pamięcią w Miasteczku nie działo się nic, co wytrąciłoby jego mieszkańców z sennych torów, którymi podróżowali przez życie. Czasem ktoś wyjechał i nie wracał; powiadano wówczas, że szukał pracy i lepszej przyszłości. Nigdy nie było wiadomo, czy i kiedy znalazł to, czego szukał. Chwilowe rozdarcie rzeczywistości, spowodowane takim wyjazdem, szybko pokrywało się blizną codzienności, a po kilku tygodniach nikt już nie pamiętał, że wieczorem, pod starą lipą na rynku, jeszcze niedawno biegło jedno życie więcej. Być może te niewyjaśnione losy zniechęcały do podążenia śladami wiodącymi, jak się wydawało, tylko w jedną stronę. Ludzie siłą przyzwyczajenia trzymali się rodzinnych stron i sprzeciwiali wszelkim nowościom. Droga życia wiodła ich prosto i przewidywalnie od narodzin ku śmierci, która niestrudzenie od lat przyjmowała wszystkich, kładąc do snu pod krzyżami starego cmentarza, przylegającego do równie starego kościoła.

      Matka przywiozła Mateusza do Miasteczka rok temu, przekonana, że tu będzie mu lepiej. Życie Wielkiego Miasta jej zdaniem źle wpływało na syna, więc bez żalu pozostawiła wszystko, łącznie ze wspomnieniami nieudanego małżeństwa, i przyjechała pewnego letniego popołudnia pod bramę starej kamieniczki przy owalnym rynku, na środku którego królowała pachnąca miodem lipa. Od tego czasu spokojna postać Mateusza regularnie pojawiała się w oknie na pierwszym piętrze. Całe dnie spędzał obserwując życie Miasteczka, przelewające się leniwie przed jego wzrokiem. Mateusz miał wielkie niebieskie oczy, ukryte zazwyczaj za firanką rzęs i nieobecne spojrzenie. Do obcych nie odzywał się w ogóle, do matki tylko czasami, choć nie były to rozmowy, jakie powinien wieść ciekawy życia chłopak. Nie buntował się, nie kłócił, nie walczył. Patrzył. I choć każdemu wydawało się, że świat jest dla Mateusza rzeczywistością za grubym szkłem, tak naprawdę rzeczywistość brzydziła chłopca. Dość dawno dobrowolnie zrezygnował z dotykania codzienności.

      Kilka minut po tym, jak dzwony w Miasteczku obwieszczały południe, pod lipą na rynku pojawiała się grupka ludzi. Czy to zwykły dzień, czy święto, zawsze ci sami mężczyźni: ani młodzi, ani starzy, ani schludni, ani obdarci, niby znudzeni, jednak zadowoleni ze swojego towarzystwa. Po chwili, jaka upływała od zwyczajowych powitań, wśród mężczyzn zaczynała krążyć półlitrowa butelka. Minuty wlokły się leniwie, podobnie jak wymiana zdań pomiędzy uczestnikami spotkania. Co jakiś czas od grupki odrywała się niewyraźna postać i wędrując w cieniu niskich kamienic, znikała w jednej z wąskich, brukowanych uliczek. Gdy wracała, nowa butelka przechodziła z rak do rąk, a słowa dobiegające do Mateusza stopniowo przestawały nieść jakiekolwiek znaczenie. Zdawało się, że zajęci sobą biesiadnicy nie zwracają uwagi na otoczenie, jednak, gdy mijali ich mieszkańcy Miasteczka, przecinający rynek w drodze ku swoim własnym sprawom, butelka była szybko ukrywana, a niespokojny wzrok omiatał przechodnia: zauważył?
      Niewygodna była w takich chwilach przypadkowa obecność kogoś, kto nawet nie zwracał uwagi na scenę odgrywaną regularnie i od zawsze. Grupka na rynku była w Miasteczku elementem tak stałym, jak ocieniające ją drzewo, niewielkie kamieniczki czy dzwonnica strzelająca w niebo tuż obok starego kościoła. Wrośnięta w bieg codzienności, łączyła się ze światem zewnętrznym drogą ku Wielkiemu Miastu, a z wiecznością – ścieżką wiodącą pod krzyże cmentarza. Gdy ktoś odchodził w tę lub tamtą stronę, puste miejsce zapełniało się naturalnie i wszystko biegło dawnym trybem; również unikanie wzroku przechodniów.
      
      Mateusz nie był stąd. Obserwował jednak wszystko na tyle długo, by zrozumieć że problemem ludzi spod lipy było nie tyle picie na rynku, co fakt, że ktoś widzi jak piją. Chłopiec nie dziwił się temu wcale; wiedział dobrze, że podobnie jak ci pijacy o swoistym poczuciu wstydu, zachowują się tysiące innych ludzi przyłapanych na kłamstwie, zdradzie, oszustwie. Mateusz dawno już doszedł do wniosku, że w świecie dorosłych przepaść między tym, co się mówi, a tym, co się robi, jest w zasadzie nie do zasypania. Dlatego z chwilą, gdy tylko uzyskał jako taki wpływ na swoje życie postanowił, że nie będzie brał udziału w tym nieszczerym spektaklu.
      W szufladzie biurka matki, od kilku lat leżała karta informacyjna, na której znany specjalista wypisał wyniki badania Mateusza. Stwierdzone „jakościowe zaburzenia stosunków społecznych: zaburzenie zachowań niewerbalnych, brak kontaktów rówieśniczych, brak potrzeby dzielenia się przeżyciami z innymi ludźmi, brak społecznej i emocjonalnej wymiany”, dla potrzeb wszystkich znajomych określane były jednym słowem: autyzm. Dla Miasteczka Mateusz był po prostu dziwny; zatroskani mówili „nieszczęśliwy”, niedelikatni „przygłup”.
      Mateusz nie był głupi, ani nieszczęśliwy. On tylko, wędrując przez życie, zatrzymał się i trwał, pomiędzy słowem, a czynem, prawdą własnego serca, a działaniem, które od tej prawdy leżało zbyt daleko, w połowie drogi między gorliwie głoszonymi zasadami, a żałosnym, cichym ich omijaniem. Więcej odwagi wymaga tylko życie przejrzyste jak szkło – w zgodzie z własnym sumieniem.

 
Monika Jasina

Ps. Już wiecie, że doszukiwanie sie jakichkolwiek podobieństw i skojarzeń jest bezcelowe, prawda? Wyjaśnię tylko, że Miasteczko istnieje, choć nie w Polsce, a ludzi o swoistym poczuciu wstydu widuję dość często. Częściej, niż bym chciała.